JAK NAUCZYŁAM SIĘ WŁOSKIEGO? MOJA HISTORIA

“Jeśli chcesz gdzieś dojść, najlepiej znajdź kogoś, kto już tam doszedł.” – Robert Kiyosaki 

Dawno temu, podczas swojego pierwszego wyjazdu do Włoch, w wieku 12 lat postanowiłam sobie, że kiedyś się do tego kraju przeprowadzę. Konkretnie miałam poznać i poślubić jakiegoś sanmaryńczyka (bo na koloniach usłyszałam, że w San Marino nie płaci się podatków), ale zamieszkać z nim gdzieś na terenie Włoch. Nie za bardzo się jeszcze wtedy orientowałam, czym są właściwie podatki, ale brzmiało dobrze.

Plan wypalił po części. To, co się liczy to fakt, że od zawsze wierzyłam w jego realizację. I od zawsze do niego dążyłam.

To nie było proste. Wymagało cierpliwości i wytrwałości. Nie mogłam przecież jako niepełnoletnia gówniara rzucić szkoły i wyjechać sobie jak gdyby nigdy nic za granicę. Miałam jednak świadomość, że mogę robić coś, co do tego marzenia mnie przybliży. A jak można lepiej przygotować się do wyjazdu do obcego kraju, niż ucząc się jego języka? No to zaczęłam się uczyć! I choć nie mogłam przyśpieszyć biegu czasu, to czułam, że z każdym nowym słówkiem mój cel jest coraz bliżej.

Pierwsze kontakty z włoskim miałam już jednak jako dziecko. Pamiętam postać z japońskiej bajki, która wzywała aiuto! To było chyba pierwsze słowo, jakie poznałam po włosku. Pomijając fakt, że wtedy byłam przekonana, że to japoński. Co ja tam wtedy wiedziałam o dubbingu? (Dla niewtajemniczonych, transmitowany w Polsce od lat ‘90 kanał Polonia 1 został założony przez włoskiego biznesmana. Japońskie kreskówki przybywały do nas z Włoch, z włoskim dubbingiem, a na to jeszcze nakładano polskiego lektora.)

Później podczas kolonii ktoś podpowiedział mi, żebym na targu pytała quanto costa? A numer pokoju hotelowego błędnie podano mi jako *unocentodue.

Jako nastolatka uczyłam się też trochę z przyjaciółką, z którą jeździłyśmy do Włoch na wakacje. Pamiętam jeszcze kartkę z odmianą avere i essere na ścianie u niej w pokoju. Kiedyś nauczyłyśmy się takiego bezsensownego pytania quali partiti politici ci sono da voi?, które w rozmówkach (jak się potem okazało błędnie) przetłumaczono na „do jakiej partii politycznej należysz?”. Zupełnie niepotrzebne, ale właśnie z tego względu nas to bawiło.

Pierwsze zdanie, jakie wypowiedziałam we Włoszech po rozpoczęciu nauki, to było due biglietti, per favore. Byłam bardzo dumna i podekscytowana. Myślę, że jeszcze dziś odnalazłabym florencki bar, w którym padło to zdanie. Niesamowite, jak dokładnie pamiętam szczegóły związane z kluczowymi momentami w mojej nauce włoskiego. Nie zdawałam sobie wtedy jeszcze sprawy, jak bardzo ten język wpłynie na moje życie, ale najwyraźniej od zawsze głęboko go przeżywałam.

Tak na poważnie zaczęłam uczyć się w wakacje między 1 a 2 klasą liceum. Pamiętam to do dziś. Znalazłam jakąś stronę, z której uczyłam się włoskiego… po angielsku. Nie było jeszcze wtedy polskich blogów czy kanałów na You Tubie. Do dziś pamiętam, jak dłużyły mi się dni. Jak robiłam ciągle powtórki, mając jednak świadomość, że nauka języka to proces i że nie nauczę się całego włoskiego w tydzień. Co było dosyć ciężkie do zniesienia.

Kiedy zaczęła się szkoła, ja i mój zeszyt do włoskiego byliśmy nierozłączni. Zabierałam go wszędzie, do szkoły i na zajęcia pozaszkolne. Druga klasa liceum to był dla mnie bardzo intensywny rok. 2 razy w tygodniu chodziłam na kurs tańca, 2 razy w tygodniu na dodatkowy angielski i raz w tygodniu na warsztaty teatralne. Teraz, po tym, czego dowiedziałam się z Kursu Efektywnej Nauki, który ostatnio przeszłam, zaczynam się zastanawiać, czy to właśnie nie to wszechstronne zaangażowanie mózgu pomogło mi wtedy w przyswajaniu włoskiego.

Jeden z moich starych zeszytów. Niestety tego absolutnie pierwszego nie udało mi się znaleźć.

W każdym razie w drodze na zajęcia towarzyszył mi zeszycik. Oczywiście miałam też szkołę, której nie zaniedbywałam, więc włoskiego uczyłam się czekając na autobus lub na przerwach między lekcjami. Zmuszałam koleżanki, żeby mnie przepytywały. Każdy w klasie wiedział, że mam świra na punkcie Włoch i włoskiego. Swoją drogą, dzięki włoskiemu miałam z górki na łacinie, bo na sprawdzianach nie musiałam tracić czasu na sprawdzanie znaczenia słówek w słowniku.

Byłam samoukiem. Nie miałam ani czasu, ani pieniędzy na kurs czy zajęcia z włoskiego. Byłam może ze 2 czy 3 razy na takich prywatnych lekcjach. Później jakoś się rozeszło po kościach.

Jak się motywowałam do nauki? Wyobraźcie sobie, że macie świetną figurę oraz tę genialną cechę, że możecie jeść do upadłego, a i tak nie przytyjecie. Wyobraźcie sobie, że ktoś stawia przed wami talerz pełen waszych ulubionych słodkości. Możecie zjeść je wszystkie, bez jakichkolwiek skutków ubocznych. Czy potrzebujecie do tego motywacji? No to ja miałam tak z włoskim.

A jakie były moje metody? Prawdę mówiąc, nic specjalnego. Nie miałam wtedy za bardzo pojęcia o tym, jak się uczyć. Nie było też tak dużo możliwości. Nie oglądałam niczego na YouTubie. Zresztą ten serwis był wtedy w podobnym stadium rozwoju, co mój włoski. Moim modelem telefonu była Nokia 3310, albo coś w tym stylu. Część z was być może nawet nie ma pojęcia, jak taki telefon wygląda. W każdym razie nie było mowy o żadnych aplikacjach.

Pamiętam, że uczyłam się trochę ze strony Szlifuj swój włoski. To była chyba wtedy jedyna istniejąca polska strona internetowa, z której można się było uczyć włoskiego. Robiłam sobie tam jakieś fiszki, ale nie korzystałam z tej metody szczególnie intensywnie.

Na wakacjach we Włoszech uczyłam się z książek, które należały do mojej przyjaciółki lub jej mamy. To był samouczek Włoski w cztery tygodnie oraz podręcznik La lingua italiana per stranieri Katerina Katerinova. Później sama sobie kupiłam tę książkę. Jestem pod jej ogromnym wrażeniem, do dziś stanowi dla mnie rodzaj gramatycznej Biblii. Mimo, że jest w całości po włosku, to jest tak intuicyjna, że nawet osoba początkująca spokojnie sobie z nią poradzi.

Książki, z których uczyłam się włoskiego.

Później kupiłam sobie też Włoski bez cenzury (bardziej w ramach ciekawostki) oraz Gramatykę włoską z ćwiczeniami wydawnictwa Langenscheidt. To te z żółtymi okładkami. A i miałam jeszcze Repetytorium tematyczno-leksykalne wydawnictwa Wagros. Do dziś pamiętam księgarenkę językową, w której potrafiłam godzinami stać i przeglądać materiały do włoskiego.

Słownik na początku miałam jakiś kieszonkowy, który później przestał mi wystarczać i oddałam go koleżance. Kupiłam sobie takie duży słownik PWN autorstwa profesor Elżbiety Jamrozik. Z którą później miałam zaszczyt mieć zajęcia ze składni na studiach filologicznych.

Wnętrze La lingua italiana per stranieri

Moja nauka polegała głównie na robieniu ćwiczeń i uczeniu się słówek, z których albo sama się sprawdzałam zakrywając włoskie tłumaczenia, albo ktoś mnie przepytywał. Robiłam czasem jakieś rysunki czy wyklejanki. Próbowałam też wchodzić na włoskie czaty. Ciężko było znaleźć tam kogoś normalnego. Większość wyskakiwała z jakimiś zboczonymi, albo przynajmniej dziwnymi tekstami. Kiedyś jakiś typ zapytał mnie, czy brzydziłabym się zdeptać karalucha. Tak, brzydziłabym się.

Normalnie zapowiadające się znajomości przenosiłam na MSN. Można powiedzieć, że było to takie międzynarodowe Gadu Gadu (czy – dla niewtajemniczonych – taki komputerowy WhatsApp). Miałam internetowego  kolegę z okolic Mediolanu, z którym naprawdę można było na luzie pogadać. Nie pamiętam jednak z jakiego powodu (chyba pochłonęły mnie przygotowania do matury), ale na mniej więcej pół roku przestałam całkowicie korzystać z MSNa. Zrządzeniem losu któregoś razu jednak odpaliłam ten program, a tu niespodzianka – w opisie Nicolò widzę, że jest właśnie w Krakowie! Napisałam do niego i okazało się, że odbywa ze znajomymi InterRail po Europie i następnego dnia będzie w Gdańsku, w moim mieście. Spotkaliśmy się więc w realu i wraz z moimi i jego znajomymi spędziliśmy kilka fajnych dni wakacji. Utrzymujemy kontakt do dziś.

Pamiętam, że miałam problem ze słowem la forchetta (widelec). Skojarzyłam go sobie z “fortecą”, która ma wieżyczki, niczym ząbki widelca. Moją gramatyczną zmorą były zaimki. Dopóki nie doznałam olśnienia, że w zasadzie pronomi diretti odpowiadają na pytania kogo? co?, a pronomi indiretti komu? czemu? Później było już z górki.

Nie mam zdjęcia, na którym bym się uczyła włoskiego. W zamian wrzucam zdjęcie z Włoch, na którym uczę się do matury z historii! LOL

Po liceum zrealizowałam swój plan i wyjechałam do Włoch jako au-pair. Byłam w stanie w miarę się dogadać, choć wtedy jeszcze pewniej czułam się z angielskim, niż z włoskim. Podczas pierwszej rozmowy telefonicznej z moim pracodawcą powiedziałam do niego non ti ascolto (nie słucham cię) zamiast non ti sento (nie słyszę cię).

Spędziłam we Włoszech 7 miesięcy i to był prawdziwy krok milowy w moim językowym rozwoju. Przez ten czas miałam bardzo niewielki kontakt z polskim, bo nie miałam wtedy internetu. Dzwoniłam do domu raz w tygodniu. Odzwyczaiłam się od polskiego do tego stopnia, że gdy po kilku miesiącach wsiadłam do samolotu do Polski, nie byłam pewna, czy prawidłowo formułuję zdania.

We Włoszech nie uczęszczałam na żaden kurs językowy. Moim nauczycielem był głównie 3 i pół latek – jeden z braci, którymi się opiekowałam (drugi był jeszcze za mały). Pamiętam, jak nauczył mnie słowa la prugna (śliwka) oraz jak przyniósł mi mój włosko-polski słownik, kiedy w żaden sposób nie mogłam zrozumieć, o co mu chodzi z czasownikiem scaricare (chodziło o spuszczenie wody w toalecie).

Zaczęłam go naśladować, chociaż sposób, w jaki mówił, nie do końca pokrywał się z tym, czego nauczyłam się z książek. Pomyślałam sobie jednak – dziecko bo dziecko, ale zawsze Włoch! Na pewno wie lepiej, niż moje książki! Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia o istnieniu dialektów czy regionalizmów.

W ten sposób zaczęłam ucinać końcówki czasowników w bezokoliczniku, bo tak się robi w Terni, mieście, w którym wylądowałam. Pamiętam, jak na początku zaczęłam robić to nieśmiało, ucinając tylko ostatnie „e” czasownika sfasciare (rozwalać, w odniesieniu do puzzli). Po latach dowiedziałam się, że w ten sposób czasowniki często skraca się w poezji.

Później już bardziej śmiało zaczęłam mówić dokładnie tak, jak mały Nicolò, czyli sfascia’, vede’, piange’ i tak dalej. Nie podejrzewałam, że cokolwiek może być nie tak, dopóki nie rozbawiło to moich znajomych z Mediolanu, których kilka miesięcy później odwiedziłam i u których tak się nie mówi.

Innym takim kwiatkiem było mówienie ci ho zamiast ho. Tu też bardziej zaufałam rodowitym Włochom, niż książkom. Z książek nauczyłam się przecież, że mówi się ho fame, ale skoro Włosi mówią ci ho fame, to najwyraźniej tak właśnie powinno być. Dopiero na studiach kolega z Włoch, z którym akurat czatowałam siedząc w uniwersyteckim bufecie, uświadomił mi, że skoro zaraz mam kolokwium to lepiej, żebym w ten sposób nie pisała.

Podczas swojego pobytu we Włoszech dowiedziałam się też o istnieniu congiuntivo. To było jak grom z jasnego nieba. Pamiętam dokładnie zdanie, na którym mi to tłumaczono (a raczej oznajmiono). Że nie mówi się *spero che domani non piove ale spero che domani non piova (mam nadzieję, że jutro nie będzie padać). Bardzo się wobec tego buntowałam i kompletnie nie widziałam sensu w zmienianiu formy czasownika. Dziś już mam trochę inne podejście ;-).

Po moim gap yearze wyjechałam do Poznania studiować italianistykę. Nie było już dla mnie mowy o innym kierunku.

Pod niektórymi względami to były najgorsze lata mojego życia. W międzyczasie się zakochałam i związałam z moim obecnym chłopakiem Włochem, którego poznałam jako au pair w Terni. To akurat był pozytyw, ale przez okres moich studiów żyliśmy w związku na odległość, czego nie polecam. Poza tym, na studiach bardzo się zawiodłam. Właściwie na wykładowcach. Niektórzy byli niekompetentni, niektórzy chamscy, a u niektórych te dwie cechy szły w parze. Tylko od nielicznych naprawdę czegoś się nauczyłam. Najbardziej cenię sobię zajęcia ze składni ze wspomnianą profesor Elżbietą Jamrozik. Ta wiedza została mi w głowie do dziś. Na pewno podszkoliłam się z teorii gramatyki oraz literatury, ale uważam, że studia językowe powinny były rozwinąć mnie o wiele bardziej.

2 sierpnia 2009, godz. 7:47

Podczas licencjatu zaczęłam też udzielać pierwszych lekcji włoskiego. Jeszcze w wersji offline. A może pierwsze były jeszcze przed studiami? Szczerze mówiąc, nie pamiętam dokładnie. W każdym razie wspominam o tym tutaj, bo odkryłam wtedy, że uczenie innych to jedna z najlepszych form uczenia samych siebie.

W międzyczasie odwiedzaliśmy się z chłopakiem, byłam też na półrocznym Erasmusie w Urbino. Na magisterkę wyjechałam już do Włoch. Studiowałam na rzymskiem uniewersytecie La Sapienza kierunek o nazwie Scienze linguistiche, letterarie e della traduzione, czyli Nauki lingwistyczne, literackie i translatorskie. Podczas trwania tych studiów zaczęłam uczyć online.

Od czasów studiów moja nauka włoskiego zaczęła polegać po prostu na wchłanianiu z otoczenia, ponieważ Włochy stały się moim drugim domem. Cały czas ogromnie dużo wynoszę z uczenia innych i pisania bloga. Żeby coś komuś dobrze wytłumaczyć, najpierw samemu trzeba to dogłębnie zrozumieć i zastanowić się nad tym, co wcześniej stosowaliśmy automatycznie. Dzięki temu używam języka włoskiego coraz bardziej świadomie. Nie ukrywam, że chciałabym zapisać się kiedyś na zajęcia z włoskiego u native speakera, który pomógłby mi się rozwinąć jeszcze bardziej i z którym mogłabym podyskutować o swoich wątpliwościach. Marzy mi się też kurs włoskiej dykcji. Oczywiście, mam swojego osobistego native’a dostępnego dla mnie od 10 lat, ale to nie to samo, co nauczyciel. Pamiętajcie o tym, szukając dla siebie korepetytora. Samo bycie Włochem nie sprawi, że ktoś będzie potrafił was czegoś nauczyć.

Czasami sama się sobie dziwię, jak ja się tego wszystkiego nauczyłam. Ale fakt, że dałam radę z włoskim, i to samodzielnie, bardzo mnie motywuje przy nauce innych języków.

Moje metody były dalekie od idealnych. Myślę, że najważniejsza jednak była moja determinacja i świadomość, że każde nowe słówko i każde rozwiązane ćwiczenie przybliża mnie do realizacji mojego największego marzenia. Ucząc się języka czułam spokój ducha, że nie tracę czasu.

Być może niektórzy z was mają w tym dziwnym okresie poczucie, że tracą bezpowrotnie jakiś odcinek życia. Też tak chwilami mam i nienawidzę tego uczucia. W takich momentach pomaga mi zajęcie się czymś konkretnym. Czymś, co zaowocuje w przyszłości, jak już wszystko będzie „normalnie”. Świetną inwestycją w siebie jest uczenie się, przede wszystkim języków obcych. One się zawsze przydadzą, bez względu na branżę, w której działamy. Dlatego chciałam przy okazji zachęcić was do produktywnego wykorzystania tego czasu i zainteresowania się Kursem Efektywnej Nauki, stworzonym przez Anię, autorkę bloga studenckiego Blue Kangaroo. Żałuję, że takiego kursu nie było za moich czasów szkolnych. Pod tym linkiem znajdziecie moją recenzję kursu. Do 6 maja możecie też skorzystać z 10% zniżki na hasło włoskionline.

Buono studio! I pamiętajcie, że ja kiedyś też nie potrafiłam odmieniać czasownika „być”.

A w komentarzu dajcie znać, jak wyglądała lub wygląda wasza historia języka włoskiego!

[Zdjęcie wprowadzające zostało wykonane w Rzymie, dokładnie 2 sierpnia 2009 o 6:46. Naprawdę muszę bardzo kochać Włochy, skoro się tak uśmiechałam o tej godzinie, i to po nocy przespanej na dworcu. A może po prostu byłam młoda?]