RELACJA Z WYJAZDU DO PARKU NARODOWEGO GRAN SASSO (ABRUZJA) – DZIEŃ III I IV

Oto trzecia i ostatnia część relacji z mojego zeszłorocznego wyjazdu do Parku Narodowego Gran Sasso e Monti della Laga w Abruzji, w środkowych Włoszech. Pierwszą część znajdziecie pod tym linkiem, a drugą tutaj. W poniższym wpisie (jak i w pozostałych częściach relacji) konkrety przeplatam wstawkami „z pamiętnika”, czyli (czasem chaotycznymi) wrażeniami spisanymi zaraz po powrocie.

W tej części opisuję:

  • szlak z Campo Imperatore do schroniska Duca degli Abruzzi
  • sesję zdjęciową nad „jeziorem” Pietranzoni
  • wycieczkę nad jezioro Campotosto
  • ostatni obiad

Dzień 3

Z pamiętnika

Po odpoczynku w planach atak na „poważniejszy” szlak. Jak na nasze mierne standardy. Rano otwieram persiane tarasu. Przed naszymi oknami zaparkowała furgonetka z porchettą. Atrakcja dla kręcącej się wokół starszyzny, liczącej na darmową degustację. A dla nas problem obiadu z głowy. Za 10 euro na 3 osoby (przy 50-centowej zniżce).

Na trzeci i ostatni pełny dzień naszego pobytu w Abruzji zaplanowałam w pierwszej kolejności trekking po górach. Poszczęściło nam się, ponieważ akurat tego ranka zaparkował pod naszym pensjonatem obwoźny sprzedawca porchetty – kanapek z pieczenią z wieprzowiny. Idealny obiad do zabrania na wycieczkę.

Po zjedzeniu śniadania i zakupie obiadu, wyruszyliśmy w kierunku parkingu pod obserwatorium na Campo Imperatore. To dobry (choć tłoczny) punkt wypadowy na górskie wycieczki. Wybraliśmy krótką trasę prowadzącą zygzakiem z parkingu do schroniska Duca degli Abruzzi, znajdującego się 260 metrów wyżej. Według wskazówek przebycie szlaku powinno zająć 40 minut – nam zajęło jakąś godzinę. Wycieczki w łyse góry w sierpniu bez kremu z filtrem to naprawdę kiepski pomysł.

1_Gran-Sasso_Widok-1

Widoki na góry po przebyciu szlaku do schroniska Duca degli Abruzzi

2_Gran-Sasso_Widok-2

Ten szlak był dosyć tłoczny, ale będąc u góry można pójść dalej, gdzie spotyka się już mniej ludzi. Na przykład w kierunku szczytu Pizzo Cefalone. Ten szlak połączy się z tym, który wybraliśmy pierwszego dnia. Biegnie do niego równolegle, górą, a potem łączą się przy Passo della Portella.

Widok na schronisko, za nim rozpoczyna się szlak w kierunku Pizzo Cefalone

Można też pójść w drugą stronę, tak zwaną Cresta della Portella i potem zawrócić dłuższą, ale mniej krętą trasą do punktu wyjścia, czyli parkingu na Campo Imperatore. Lub zrobić na odwrót, czyli wyruszyć spod obserwatorium tym samym szlakiem, co do schroniska, ale na rozwidleniu dróg skręcić w prawo, potem przez Cresta della Portella dostać się do schroniska i zejść drogą, która my weszliśmy.

To początek szlaku przez Cresta della Portella

Na górze znaleźliśmy sobie miejscówkę żeby usiąść, odpocząć i zjeść kanapki. Z jednej strony zbocza widok jest nieciekawy, bo na parking, z którego się wyrusza, ale z drugiej już jest lepiej, bo widać tylko i wyłącznie bezkresne góry.

Po odpoczynku, zrobieniu zdjęć i dokupieniu wody w schronisku (za absurdalną cenę 2 euro za półlitrową butelkę), zeszliśmy na dół tą samą drogą.

Z pamiętnika

Jedziemy na Campo Imperatore. 2120 m n. p. m. Decydujemy się na krótki szlak w górę do schroniska. Ludzi trochę mniej niż w niedzielę, ale wciąż Morskie Oko. Tym razem nie zapominam kijków. 200 kroków i przerwa na oddech. Na górze – 2400 – znów wysokość daje o sobie znać poprzez ból głowy. Odpoczywamy. Z jednej strony szczytu widok na parking, z drugiej na bezkresne góry. Wybieram bramkę numer 2. Zjadamy naszą porchettę i dokupujemy wodę w schronisku. Wahamy się trochę z wyborem drogi powrotnej. Decydujemy się na powrót własnymi śladami. To krótsza opcja.

W planach na popołudnie mamy jeszcze sesję zdjęciową jeziora, które w Internecie robi ogromne wrażenie, a w rzeczywistości jest zwykłym niewielkim wodopojem. Zatrzymujemy się wzdłuż drogi, krów akurat nie ma, więc muchy obsiadają mnie. Nie wiem, jak te krowy to wytrzymują. Ale przynajmniej można bezpiecznie zrobić zdjęcia.

W ciągu dnia chcieliśmy zrobić jeszcze parę innych rzeczy. Na przykład zdjęcia przy Lago di Pietranzoni, które mija się w drodze na Campo Imperatore. Oglądając zdjęcia w Internecie, bardzo się napaliłam na tę atrakcję. Ale kiedy już ją odnaleźliśmy, jakoś tak nie do końca mogłam uwierzyć, że to naprawdę właśnie to miejsce. Na zdjęciach w sieci wygląda bowiem jak duże przejrzyste jezioro. W rzeczywistości to raczej bajorko, służące za wodopój. Dużą rolę odgrywa tu perspektywa, z jakiej robi się zdjęcia. Wydaje mi się też, że było częściowo wyschnięte. W każdym razie dosyć szybko stamtąd zwialiśmy, bo kręciło się tam pełno much, co nie było ani przyjemne, ani romantyczne.

Lago di Pietranzoni – wizja bliższa tej internetowej

Lago di Pietranzoni w rzeczywistości…

Z pamiętnika

Kilkanaście minut później (a może to było wcześniej?) czeka nas kolejny – niespodziewany – postój. Stado koni przechodzi sobie przez ulicę. Niczym Beatlesi, tylko że nie na pasach. Wyciągam szybko aparat i kilka z nich udaje mi się uchwycić. La transumanza?

Dalej skierowaliśmy się już nad prawdziwe jezioro – Lago di Campotosto, jakieś 50 km dalej. Posiedzieliśmy tam trochę, zjedliśmy lody i wyruszyliśmy w drogę powrotną do naszej bazy w Camardzie.

Z pamiętnika

Jedziemy nad jezioro. Na drodze żywej duszy. Ale na miejscu sporo biwakowiczów i chusteczek higienicznych w dzikiej łazience.

Lago di Campotosto

Wracamy mijając miasteczka dotknięte kataklizmem z 2009. Abruzja to dziś jeden wielki dźwig.

Tym razem na kolację postanowiliśmy zmienić lokal. Wyczaiłam fajną miejscówkę na TripAdvisorze (Trattoria Fore le Mura), ale za późno ogarnęłam się z rezerwacją i nie było już miejsc. W końcu zdecydowaliśmy się pojechać do pizzerii w L’Aquili. Miała dobre recenzje. Rzeczywiście pizza była całkiem spoko. Ceny też akceptowalne – za jedną przystawkę, trzy pizze, wodę, dzbanek coca coli i trzy kawy zapłaciliśmy 51 euro. Czas oczekiwania był jednak zbyt długi, mimo niewielkiego obłożenia. Obsługa niby miła, ale generalnie nic specjalnego. Bez klimatu. Lokal nazywał się La Torretta, ale nie, żebym jakoś specjalnie polecała.

Z pamiętnika

Decydujemy się zmienić lokal na kolację, ale okazuje się, że tam, gdzie sobie zaplanowaliśmy, nie ma już miejsc. Wtorek. Wybór niewielki, bo wtedy większość gastronomii nie pracuje. Przynajmniej w okolicy. Po dłuższych poszukiwaniach decydujemy się dojechać na pizzę do L’Aquili. Ubieramy się ciepło, bo po kolacji wracamy na Campo Imperatore fotografować drogę mleczną. Na miejscu okazuje się jednak, że nie jest wystarczająco ciemno. Niebo oświetla księżyc i światła cywilizacji.

Dzień 4

Z pamiętnika

Ostatni dzień, nie mamy konkretnych planów. Jedziemy do Fonte Cerreto i kręcimy się tam do południa. Oglądamy pamiątki z Mussolinim. Campo Imperatore to mekka neofaszystów. Kupujemy świeże figi. Wracamy na obiad do Camardy, ale okazuje się, że miejsce, w którym chcemy zjeść, jest otwarte tylko wieczorem. Decydujemy się więc na niepozorną budkę, którą otwarto niecałe 2 tygodnie wcześniej. Szkoda, że wcześniej nie okazaliśmy jej zaufania, bo na myśl o tym obiedzie moje ślinianki zaczynają wzmożoną pracę. Beatamente pieni wracamy w upale do domu.

Na ostatnie pół dnia nie mieliśmy żadnych konkretnych planów. Podjechaliśmy do pobliskiego Fonte Cerreto, skąd odjeżdża kolejka linowa na Campo Imperatore. Pokręciliśmy się trochę, kupiliśmy owoce i pamiątki. Choć większość z nich nosiła wizerunek Mussoliniego (dlatego napisałam w swoich notatkach, że to mekka neofaszystów). Myślałam, że to ze względu na operację uwolnienia Mussoliniego z Campo Imperatore, gdzie był więziony w 1943 roku. Ale tworząc ten wpis doczytałam, że Fonte Cerreto i prowadząca z niego kolejka linowa zostały skonstruowane w 1934 roku właśnie z inicjatywy Benita Mussoliniego w ramach szerszej kampanii turystycznej i sportowej rewitalizacji L’Aquili i okolic.

Około godziny obiadowej skierowaliśmy się w stronę Camardy. Upatrzyliśmy sobie wcześniej miejscówkę na obiad, tuż pod oknami naszego pensjonatu. Okazało się jednak, że jest otwarta tylko wieczorami. Zdecydowaliśmy się więc na niepozorną budkę wzdłuż ulicy. Obiad był pyszny! Ja zjadłam bruschetty z pomidorami, talerz wędlin i serów oraz sałatkę, a chłopaki makaron z truflami i typowe dla tych okolic arrosticini, czyli szaszłyki z jagnięciny. W trzy osoby zapłaciliśmy łącznie 41,50 euro i byliśmy pełni!

Okazało się, że lokal otwarto zaledwie dwa tygodnie wcześniej. Mam nadzieję, że im się powodzi i że jakość i ceny się nie zmieniły. Miejsce nazywa się Stella Alpina – Sapori di montagna. Łatwo je znaleźć wzdłuż drogi krajowej SS 17 bis w miejscowości Camarda.

Widok na Camardę z placyku pod budką Stella Alpina


Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolona z wyjazdu, choć nie jest to jedno z tych miejsc, do których koniecznie muszę wrócić. Wolę jednak bardziej lesiste góry, w stylu polskich Tatr. Na pewno na moje odczucia wpłynął fakt, że pierwszego dnia totalnie spiekłam się na słońcu, więc przez kolejne dni, nie dość, że było gorąco, to cierpiałam dodatkowo przez poparzenia. Gdybym miała wybór, wybrałabym też na wyjazd inny miesiąc. W sierpniu miałam wrażenie, jakby wszystko (nie tylko moja skóra) było wypalone przez słońce.

W mniej gorącym okresie Gran Sasso to dobre miejsce, by cieszyć się w spokoju bezkresem natury. Mimo istnienia takich punktów, jak parking na Campo Imperatore, na którym ludzi roi się jak nad Morskim Okiem, bez problemu można znaleźć ustronne miejsce tylko dla siebie.

Dajcie znać, czy byliście już w Abruzji i jakie są wasze wrażenia! A może dopiero się tam wybieracie?

[popup_manager id=”1″]