RELACJA Z WYJAZDU DO PARKU NARODOWEGO GRAN SASSO (ABRUZJA) – DZIEŃ II

Okładka Gran Sasso 2

Poniżej druga część relacji z mojego zeszłorocznego (2019) sierpniowego wyjazdu do regionu Abruzja (Abruzzo), w centrum Włoch. Pierwszą część znajdziecie pod tym linkiem. Bardziej ustrukturyzowana relacja przeplatana jest luźnymi notatkami spisanymi na gorąco po powrocie.

W tej części opisuję:

  • las, nie las w Fonte Cerreto
  • miasteczko Santo Stefano di Sessanio
  • niedoszłą wycieczkę do Rocca Calascio
  • stan okolic po trzęsieniu ziemi z 2009
  • wydatki na drugą kolację

Parking w Fonte Cerreto imienia Marca Simoncellego, włoskiego motocyklisty zmarłego tragicznie podczas wyścigu w wieku 24 lat.

Las, nie las
Na drugi dzień wyjazdu zaplanowałam spacer po lesie w pobliskiej miejscowości Fonte Cerreto (o której pisałam więcej w poprzedniej części relacji). Znalazłam na zakupionej mapie szlak, który w ten sposób został określony. Cóż, autor albo ma dziwną koncepcję lasu, albo po prostu dawno w tych okolicach nie był. Bo z lasu pozostało niewiele, a to, co pozostało nie chroniło przed palącym słońcem. Generalnie, gdyby nie upał to otoczenie tak czy inaczej byłoby całkiem przyjemne, ale że dodatkowo poprzedniego dnia spiekłam się na raka (bo przecież, skoro w Tatrach było dużo cienia i chodziłam często w bluzie, to teraz na pewno też tak będzie i krem do opalania jednak mi się nie przyda, prawda? No nie.), to ta wycieczka była po prostu męcząca i nie warta zachodu.

Jaki jest las, każdy widzi…

Z pamiętnika:
Dzień drugi miał być dosyć spokojny. Słońce piecze. Nie jesteśmy na dużej wysokości, więc gorąco. Idziemy na śniadanie. Napełniamy butelki wodą. Jedziemy do Fonte Cerreto pospacerować w cieniu lasu. Ale po lesie zostało niewiele. Z cienia nici. Po przejściu kilometra zawracamy w stronę samochodu. Zmiana planów.

Zaczęliśmy zastanawiać się nad jakimś innym rozwiązaniem. W barze, podczas śniadania, poradzono nam pobliskie średniowieczne miasteczko Santo Stefano di Sessanio. Obczaiłam je sobie na Google’u i stwierdziłam, że rzeczywiście warto je zobaczyć.

Z pamiętnika:
Jedziemy do Santo Stefano di Sessanio. Na skróty. Bardzo zły pomysł. Droga nienadająca się do jazdy. Skały. Trzeba było jechać bardzo powoli i bardzo ostrożnie. Szybciej doszłabym pieszo. Na szczęście to nie ja wybrałam skróty.

Początek drogi do Santo Stefano. Kiedy jeszcze było znośnie…

Z Fonte Cerreto do Santo Stefano di Sessanio w linii prostej jest około 20 kilometrów, ale samochodem trzeba nadłożyć trasy o jakieś 13 kilometrów. Aby zaoszczędzić na czasie, postanowiliśmy pojechać na skróty… I to był najgłupszy pomysł, na jaki mogliśmy wpaść (na szczęście nie mój). Droga była prawie nieprzejezdna i musieliśmy jechać w takim tempie, że prędzej doszłabym pieszo. Całe szczęście jechaliśmy czymś w rodzaju samochodu terenowego, inaczej byśmy tam chyba utknęli i tyle z wycieczki.

Santo Stefano di Sessanio

Santo Stefano di Sessanio z oddali.

Z pamiętnika:
Wreszcie docieramy do normalnej drogi. Ulga. Jesteśmy na miejscu. Znów perplessa. 3 w 1. Borgo + turystyka (dużo napisów po angielsku) + scaricaticcio. Jestem trochę rozczarowana. Na zdjęciach widziałam piękną wieżę, ale wieża w gruzach. Spacerujemy. Dużo kwiatów i kolejna najwęższa uliczka we Włoszech. Idziemy na kanapkę. I do auta.

Santo Stefano di Sessanio, pierwsze kadry.

Po długiej mordędze udało nam się dotrzeć na miejsce. Miasteczko malutkie (zamieszkałe przez zaledwie 115 osób), urocze, ale poczułam się trochę rozczarowana. Zdjęcia z Internetu nie są aktualne. Przedstawiają Santo Stefano sprzed 2009 roku, zanim legło w gruzach w wyniku trzęsienia ziemi. Bardziej niż romantyczne borgo, Santo Stefano di Sessanio przypomina dziś plac budowy.

Santo Stefano di Sessanio

Dopiero kilka miesięcy od naszego wyjazdu, w trakcie tworzenia tego wpisu, dowiedziałam się, że w latach ‘90 ubiegłego tysiąclecia otwarty został pierwszy we Włoszech tak zwany albergo diffuso, czyli dosłownie „rozproszony hotel”. Jest to struktura działająca jak hotel, tyle że jej pokoje znajdują się wewnątrz osobnych budynków. W Santo Stefano di Sessanio pomieszczenia hotelu zajmują praktycznie połowę całego miasteczka. To by wyjaśniało, dlaczego znajduje się tam tak wiele informacji po angielsku, co raczej nie jest typowe dla takich małych, mniej znanych mieścinek.

Santo Stefano di Sessanio, la Buscella i pieseł.

Jednym z bardziej charakterystycznych punktów w miasteczku jest widoczne na zdjęciu wąziutkie przejście zwane la Buscella (nie wiem, dlaczego – to słowo, przynajmniej w standardowym włoskim, nic nie znaczy). Podobno w średniowieczu zakochani skradali tu sobie pocałunki.

I to smutne oblicze…

Typowym produktem tej okolicy jest rzadka odmiana soczewicy, uprawiana tylko na zboczach masywu Gran Sasso. Tradycyjnym daniem Santo Stefano jest zupa z soczewicy. Niestety nie spróbowałam. Na obiad zjedliśmy kanapki.

Calascio

Z pamiętnika:
Co dalej? Rocca Calascio niewiele kilometrów stamtąd. Dojeżdżamy, droga zamknięta. Pericolante. Ale można iść pieszo lub navettą. Za 4 euro. Wtedy droga przestaje być pericolante. Zostawiamy auto i schodzimy szukać przystanku navetty. Ręcznie malowany drogowskaz informuje „fermata bus 100 mt”. Idziemy 100, 200, 300 metrów… Przystanek był na początku miasteczka. Długa kolejka, przynajmniej pół godziny czekania. Odpuszczamy sobie i wracamy do auta. Przynajmniej odetchniemy trochę przed kolacją.

5 kilometrów od Santo Stefano di Sessanio znajduje się Rocca Calascio, malownicze ruiny średniowiecznej twierdzy. Trochę w stylu polskiego Szlaku Orlich Gniazd. Przynajmniej wnioskując ze zdjęć, bo ani jednego ani drugiego nie udało mi się ostatecznie zobaczyć na żywo.

Myśleliśmy, że da się w tamte okolice podjechać samochodem, jednak po raz kolejny tego dnia okazało się, że nie warto ufać mapom wujka Google’a. Owszem, jakaś droga tam prowadzi, ale może z niej korzystać tylko specjalny autobusik w cenie 2 euro w jedną stronę. Przynajmniej w sezonie, bo poza sezonem droga bywa podobno otwarta. Można też iść na pieszo. Od początku ulicy Via del Pizzo Falcone, gdzie jest miejsce na zaparkowanie auta, są to jakieś 3 km drogi. Dla nas obydwie opcje były zbyt czasochłonne (do autobusu czekała już długa kolejka) – nie wyrobilibyśmy się na kolację! Ach te włoskie priorytety ;-)

Powrót do bazy i kolacja

Wracaliśmy tym razem wśród terenów zabudowanych. Choć może to zbyt dużo powiedziane, jako że okolice te zostały dotknięte w 2009 roku tragicznym trzęsieniem ziemi (zginęło 309 osób, 65 000 straciło dach nad głową) i do tej pory nie zostały w pełni doprowadzone do porządku. Prowincja L’Aquila sprawia wrażenie jednego wielkiego placu budowy, a to, co najbardziej rzuca się w oczy oglądając z daleka panoramę okolicy, to wszechobecne dźwigi. Jak podaje portal Huffington Post w artykule z 2019 roku, 10 lat po tragedii doprowadzono do końca jedynie 358 na 1038 prac wymaganych w sektorze publicznym. Szacuje się, że w gminie L’Aquila 3500 dzieci wciąż uczy się w szkołach-prefabrykatach. To tak zwane „pokolenie kontenerowe”, które nigdy nie poznało prawdziwej szkoły.

Okolice l’Aquili 10 lat po trzęsieniu ziemi.

Poza materialnymi konsekwencjami trzęsienia ziemi, są jeszcze te moralne, duchowe. Ci ludzie, którym w ciągu jednej nocy – dosłownie i w przenośni – zawalił się świat, muszą jakoś iść do przodu, pracować. Wizyta w tych okolicach, zakup lokalnych produktów, obiad w lokalu to sposób, żeby pomóc im podnieść się na nogi. Dlatego tym milej mi polecać wam fajne miejscówki w tych okolicach.

Zachód słońca w Filetto, gdzie zjedliśmy pierwszą i drugą kolację.

Z pamiętnika:
Jemy w tym samym miejscu, co dzień wcześniej. Lokal prawie pełny. Klienci w 90% ci sami. Wymieniają uwagi. Jeszcze bardziej niczym w schronisku.

Jednym z miejsc wartych polecania jest z pewnością jest Bar Trattoria Marcocci, o którym pisałam już w poprzedniej części relacji. Tym razem za litr wina, litr wody, trzy przystawki, trzy pierwsze dania, trzy drugie dania, jedną porcję warzyw i trzy kawy zapłaciliśmy 63,20 euro. Tak, od kilku miesięcy trzymam te rachunki na potrzeby wpisu ;-).

Ciąg dalszy nastąpi…