7 POWODÓW, DLA KTÓRYCH NIE WARTO BAĆ SIĘ POPEŁNIANIA BŁĘDÓW

Jak przestać się bać popełniania błędów w języku obcym

Strach przed popełnieniem błędu potrafi skutecznie zablokować nas przed mówieniem w języku obcym. Czasem nawet do tego stopnia, że wolimy nic nie powiedzieć, niż powiedzieć z błędem. No ale po co w takim razie się uczyć, skoro boimy się mówić? Wiadomo, że strach nie należy do łatwych przeciwników. I że zawsze “łatwo powiedzieć” komuś, kto nie boryka się z danym problemem. Warto jednak czasem zmienić perspektywę, uświadomić sobie kilka prawd i mając je gdzieś z tyłu głowy, powoli przełamywać swoje bariery.

Poniżej zebrałam dla Was swoje własne przemyślenia na temat popełniania błędów w języku obcym (nie musi to być koniecznie włoski). Przyznam szczerze, że nie szukałam dla nich żadnych potwierdzeń naukowych – to po prostu moje obserwacje wynikające z moich własnych doświadczeń. Oczywiście poniższe punkty nie są lekiem na całe zło, bo, jak to mówią Włosi – tra il dire e il fare c’è di mezzo il mare (robienie od mówienia dzieli morze), ale możliwe że zmiana sposobu myślenia pomoże Wam zgromadzić trochę więcej odwagi – mi pomaga, nie tylko w kontekście językowym!

Co zrobić, żeby przestać bać się błędów i wreszcie zacząć mówić? Przemyśl poniższe punkty!

1. ZASTANÓW SIĘ, CZY PO POLSKU MÓWISZ JAK PROFESOR MIODEK

Czy w swoim własnym języku ojczystym mówisz bezbłędnie? Czy nigdy się nie przejęzyczasz? Czy aby na pewno nie zdarza Ci się przekręcić jakiegoś frazeologizmu? Czy jesteś pewien, że odmieniasz poprawnie wszystkie czasowniki? Założę się, że każdemu czasem przytrafiają się mniejsze lub większe językowe “wpadki”. Ale jakoś jeszcze nie spotkałam się z Polakiem, który bałby się mówić po polsku. Nie boją się nawet ci, którzy “włanczają” światło, żeby “wziąść” “pomarańcza”. To dlaczego niby mielibyśmy bać się błędów i braku perfekcji w języku obcym?

 

2. OBCOKRJAOWCY MAJĄ WOBEC CIEBIE O WIELE NIŻSZE OCZEKIWANIA, NIŻ TY SAM

Obcokrajowcy zwykle nie będą się spodziewać, że powiesz coś perfekcyjnie, wiedząc, że ich język nie jest twoim ojczystym. Oni są przygotowani na twoje błędy. I przynajmniej jeśli chodzi o Włochów, to będą cieszyć się i podziwiać, że w ogóle potrafisz odezwać się w ich języku.

Jeśli mam być szczera, to paradoksalnie bardziej “boję się” popełnić błąd we Włoszech teraz, kiedy jestem na bardzo zaawansowanym poziomie, niż na początku nauki. Wtedy czułam, że mam prawo popełniać błędy i że nikogo nie będzie dziwiło, jeśli powiem coś bez sensu. Teraz już moje włoskie otoczenie jest przyzwyczajone do tego, że mówię dobrze i ewidentne pomyłki, które wciąż czasem mi się zdarzają (bo perfekcja nie istnieje!) brzmią z moich ust dziwniej niż kiedyś. Ale nie przejmuję się tym, bo… (patrz punkt 3)

 

3. PRZYNAJMNIEJ JEST ŚMIESZNIE!

Popełnianie błędów to świetna okazja do… pośmiania się. Zwłaszcza, jeśli sam zrozumiesz swój błąd (lub zostanie ci on wytłumaczony) i dowiesz się, co tak naprawdę powiedziałeś. Być może rozluźni się atmosfera, będzie co wspominać.

Ostatnio chciałam powiedzieć do swojego chłopaka “Hai visto la mia abbronzatura?” (Widziałeś moją opaleniznę?), bo stopy opaliły mi się “na zeberkę” od sandałów-rzymianek. Jednak zamiast słowa “abbronzatura” ze względu na podobne zakończenie słówek jakoś tak się przejęzyczyłam i powiedziałam “pettinatura”, czyli… fryzura :-) Wyszłam na hobbita, który robi sobie fryzury na owłosionych stopach. I wiesz co? Chłopak wcale ze mną nie zerwał!!! Pośmialiśmy się trochę i po sprawie.

 

4. CZŁOWIEK UCZY SIĘ NA BŁĘDACH

Znasz to wyświechtane powiedzonko, nie? Prawda jest taka, że jest w nim sporo… prawdy. Ten punkt wiąże się poniekąd z poprzednim, bo najlepiej uczymy się na językowych błędach, które wzbudziły w nas emocje. Jeśli popełnisz jakiś zabawny błąd, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie dzięki temu zapamiętasz poprawną wersję.

Sama po dziś dzień pamiętam na przykład, jak 10 lat temu do swojego pracodawcy we Włoszech powiedziałam przez telefon “non ti ascolto” zamiast “non ti sento” (czyli “nie słucham cię”, zamiast “nie słyszę cię”). A odwołując się do punktu drugiego, ów pracodawca wcale się o to nie obraził, bo miał świadomość, że nie do końca jestem w stanie wyrazić swoje myśli po włosku.

Oto inny przykład, który do dziś tkwi w mojej pamięci i na myśl o którym uśmiecham się do siebie pod nosem. Podczas wakacji we Włoszech, jeszcze jako nastolatka powiedziałam do kogoś, że jestem “trista” (miałam na myśli “triste”, czyli “smutna”). Ta osoba bardzo kategorycznie zaprzeczała i dziwiła się, dlaczego tak mówię. A ja się irytowałam, że ktoś ma czelność decydować za mnie czy jestem smutna, czy nie. Później odkryłam, że “trista” to wcale nie “smutna”, ale… “nikczemna”! I wszystko stało się jasne :-). Minęło jakieś 13 lat, a pamiętam to jak dziś. Scenka miała miejsce na schodach florenckiego Duomo.

 

5. POWIEDZIANE JEST LEPSZE OD DOSKONAŁEGO

Tytuł tego punktu to parafraza domeny mojej guru od organizacji czasu i biznesu online, Oli Budzyńskiej (znanej też jako Pani Swojego Czasu), która głosi, że “zrobione jest lepsze od doskonałego”. Ola stara się przekonywać kobiety, żeby działały najlepiej jak potrafią, zamiast odkładać czekając na osiągnięcie jakiegoś nieokreślonego ideału. Bo czekając na perfekcję nie posuwamy się na przód, a co gorsza nigdy się nie doczekamy.

To samo można odnieść do mówienia w języku obcym. Lepiej powiedzieć jedno zdanie z pięcioma błędami, niż w ogóle się nie odezwać. A cel komunikacyjny zazwyczaj i tak, mimo błędów, zostanie osiągnięty.

Oczywiście są sytuacje, w których nawet jedno słówko, jeden akcent, jeden rodzajnik, może diametralnie zmienić znaczenie całego zdania. Ale w wielu przypadkach, przy odrobinie dobrej woli słuchającego oraz znajomości kontekstu, można domyślić się, o co ci chodzi. Jeśli powiesz, że chcesz “lo spaghetti” zamiast “gli spaghetti”, to nikt ci nie przyniesie lasagni. A jeśli zamówisz “pene” zamiast “penne”, to nawet jeśli będzie trochę śmiechu, nikt mimo wszystko nie poda ci penisa na talerzu (il pene – penis). Jeśli powiesz “io andare” (ja iść) zamiast “io vado” (ja idę) to i tak przekażesz więcej, niż nie mówiąc nic. Wiadomo, że uczymy się po to, żeby mówić poprawnie, ale to powinien być w pewnym sensie cel drugorzędny. Uczymy się języka (czy obcego, czy też naszego własnego ojczystego) zasadniczo po to, by się porozumieć. Oczywiście im lepiej znamy dany język, tym nasza komunikacja będzie bardziej efektywna. Ale nie od razu Kraków zbudowano ;-) Jako dzieci też nasz zasób słów był ograniczony, popełnialiśmy błędy i jakoś w niczym nam to nie przeszkadzało. Ja na przykład za dzieciaka uparcie na “kiosk” mówiłam “piosk” i do tego byłam przekonana, że tak właśnie powinno się mówić. Że to świat się myli, a nie ja.

Grunt to ćwiczyć! Jeśli będziesz próbować, z czasem tych błędów zrobi się coraz mniej. Siedząc cicho, niczego nie poprawisz.

 

6. OBCOKRAJOWCY TEŻ POPEŁNIAJĄ BŁĘDY W SWOIM JĘZYKU

W pierwszym punkcie pisałam o tym, że marzymy o niedoścignionej perfekcji w języku obcym, a czasem nie przykładamy aż tak dużej wagi do naszego własnego języka ojczystego. Teraz chciałabym odwrócić tę sytuację. Włosi sami również popełniają błędy we włoskim! Oni też mają wątpliwości co do rzadziej stosowanych form. Zdarza im się też przeformułować jakąś myśl w trakcie mówienia tak, że zdanie staje się nie do końca poprawne gramatycznie.

Mój chłopak (który, dla przypomnienia, jest Włochem) na przykład ubzdurał sobie, że po włosku “ananas” jest rodzaju żeńskiego, co jest błędne, ale może budzić wątpliwości, bo ani rodzajnik l’ (“l” z apostrofem stosujemy przed słówkami zaczynającymi się na samogłoskę, bez względu na ich rodzaj), ani “obca” końcówka “s” nie wskazują jednoznacznie na rodzaj gramatyczny. Dla mnie – Polki – to akurat jest oczywiste, może dlatego, że “ananas” po polsku brzmi identycznie i jest rodzaju męskiego. Jakkolwiek morał jest taki, że skoro sami Włosi miewają wątpliwości co do swojego języka, to czemu nie mielibyśmy mieć ich my, którzy się z nim nie wychowaliśmy?

 

7. ŚWIAT NIE PRZESTANIE SIĘ KRĘCIĆ, JEŚLI TY COŚ PRZEKRĘCISZ

Człowiek jest dziwną istotą. Bardzo często sam siebie nie docenia, zaniża swoje możliwości, swoje znaczenie. A jak przychodzi do wpadek czy błędów, to nagle zaczyna mu się wydawać, że świat kręci się wokół niego. Że wszyscy się na niego gapią, że o jego błędach będą myśleć po nocach i opowiadać wnukom, jak to za ich młodych lat jakiś klient z Polski źle odmienił czasownik.

Muszę cię rozczarować. Nie wylądujesz na pierwszych stronach gazet na całym świecie tylko dlatego, że nie użyłeś congiuntivo we właściwym miejscu. Być może twój rozmówca w ogóle nie zwróci uwagi na pomyłkę, a jeśli nawet, to po 5 minutach nie będzie o niej pamiętał. Myślisz, że kelner w restauracji będzie rozpamiętywał do końca dnia, że powiedziałeś “pene” zamiast “penne”? Nie sądzę, żeby miał na to czas. Z resztą najprawdopodobniej nie ty pierwszy i nie ostatni popełniłeś ten błąd.

A nawet jeśli ktoś sobie twoją “wpadkę” zapamięta, to co z tego? Czy ta osoba jest w jakiś sposób w stanie wpłynąć na twoje życie? Będzie do ciebie wydzwaniać i wypominać, że 17 czerwca o godzinie 19:31 powiedziałeś “vedo” zamiast “vado”? Wyśle za tobą list gończy? Stworzy na twoją podobiznę laleczkę voodoo i będzie w ramach zemsty za błąd w congiuntivo wbijać ci szpilę w mózg? Wątpię. Więc dlaczego sam miałbyś się tym błędem zadręczać? Wiem, że łatwo powiedzieć, ale przyznam, że sama wobec siebie stosuję technikę takiego zdystansowania się i spojrzenia na moją “wtopę” z perspektywy kosmosu i miliona galaktyk. Czy rzeczywiście mój problem jest tak istotny? Czy sama będę pamiętać o tej wpadce za tydzień? Czy na świecie nie ma poważniejszych spraw? W moim przypadku bardzo często ta technika się sprawdza, nie tylko w kontekście nauki języka!


I jeszcze ostatnia refleksja na zakończenie. Często bardziej niż do wyrozumiałych obcokrajowców, boimy się mówić w języku obcym wśród naszych rodaków, zwłaszcza jeśli dobrze znają oni dany język. Ja tak mam jeśli chodzi o angielski i francuski. W moim przypadku nie boję się może tyle popełnienia błędu, co tego wyraźnego akcentu. Z jednej strony chciałabym się “wczuć”, chciałabym, żeby mój “English” to był “English”, a nie “Polish English”, ale z drugiej boję się brzmieć sztucznie, nadęcie bądź niepoprawnie.

Jak walczyć z takimi obawami? Myślę, że po pierwsze warto jak najwięcej ćwiczyć w środowisku, w którym czujemy się “bezpiecznie”, czyli np. z obcokrajowcami, których oceny się nie boimy lub z nauczycielem. Dobry nauczyciel nigdy nie będzie się z ciebie śmiał, może śmiać się co najwyżej z tobą!

Poza tym warto zastosować podejście, które opisałam w punkcie siódmym. Ostatecznie co się takiego stanie, jeśli nawet zabrzmimy sobie nadęcie? Fajnie jest stawiać sobie takie mini wyzwania, a potem obserwować, jak po tym jak swoim nieperfekcyjnym włoskim/francuskim/angielskim kupiliśmy bilet na autobus świat dalej się kręci, dzień wciąż jest dniem, a noc nocą. Takie mini sukcesy dodadzą nam pewności siebie, pomogą próbować dalej i dalej, aż w końcu mówienie w języku obcym stanie się dla nas naturalne!

Dziękuję, że wytrwaliście do końca i mam nadzieję, że wpis okaże się przydatny. Że rzeczywiście pomoże przełamać barierę językową tym z was, którzy się z tym problemem zmagają. Dajcie znać, co sądzicie! A może macie jakieś własne metody na przełamanie strachu przed mówieniem?

To dla mnie bardzo ważny wpis, także będę wdzięczna za informacje zwrotne! :-)