MANIFEST GRAŻYNY, CZYLI DLACZEGO LUBIĘ CEBULĘ

Czasami śledzę sobie pewne dyskusje w różnych włoskolubnych grupach na fejsbuku, do których należę z racji swojej profesji i zainteresowań. Śledzę je, ale niezbyt długo. I nie biorę w nich udziału. Bo to, co mam do powiedzenia, wykracza daleko poza potencjał komentarza w mediach społecznościowych. To temat na cały osobny post. Który od dawna miałam w głowie i który wreszcie ubrałam w słowa, rzutem na taśmę jeszcze wstrzelając się w 100-lecie niepodległości.

Bo tym razem to właściwie Polski, a nie Włoch, dotyczy mój wpis. A w zasadzie Polski w kontraście do Włoch. A w jeszcze bardziej zasadowej zasadzie, różnic w naszym polskim podejściu do Polski i do Włoch. I do Polaków i Włochów.

Czytam sobie więc te komentarze pełne zachwytów, ochów i achów. Och, jacy ci Włosi są weseli, a jacy pomocni, a jacy uprzejmi, ach, jakże wyluzowani! Tacy uśmiechnięci, optymistyczni, bezproblemowi.

Nie to co my, polaczki. Cebulaki. Janusze. Smutasy i marudy. A, i zawistni, zapomniałam! Wiecznie narzekający, najchętniej na tych, co to wiecznie narzekają.

Czytam dalej te komentarze, a potem z perspektywy osoby mieszkającej we Włoszech robię sobie w głowie szybki przegląd znajomych Włochów i ich dziwnych zachowań, które zdecydowanie bardziej podchodzą pod Polaka Cebulaka niż pod Włocha Luzaka. Myślę o tych wszystkich “przyjaciołach”, których poznaje się (a raczej nie poznaje się) w biedzie, o tych, którzy zawsze mają jakiś problem, o tych, którzy traktują swoich bliskich jak gówno, o tych naburmuszonych, którzy nie raczą odpowiedzieć na “dzień dobry”, ale i o tych, którzy plują hejtem w Internecie i mają tu nawet swoje specjalne określenie “leone da tastiera” – “lew klawiatury”. Myślę też o moim “wyluzowanym” włoskim chłopaku w chwili, gdy za 5 minut mamy wychodzić, a ja jeszcze nie jestem gotowa ;-).

Myślę o ludziach.

Bo Włosi to nie mniej, ni więcej, ale ludzie. Ze swoimi zaletami, ale i z wadami. Zupełnie jak my, Janusze i Grażyny z Cebulandii.

Nie chcę burzyć niczyjej idealnej wizji Włoch. Sama kiedyś taką miałam (z resztą mieszkam w tym kraju, więc najwyraźniej nie jest mi tu znowu tak źle). I cieszę się, jeśli nie doświadczyliście na własnej skórze Włocha-człowieka. Wszyscy Włosi, z jakimi mieliście do czynienia byli przemiłymi, uśmiechniętymi, bezproblemowymi ludźmi? Tym lepiej dla Was i tym milsze macie wspomnienia.

To, co mnie boli, to porównania jakie stosowane są między tymi idealnymi Włochami a marudnymi Polakami. Czy naprawdę z uwielbieniem dla mieszkańców Italii musi iść w parze nienawiść do naszych własnych współobywateli? Czy my serio jesteśmy tacy beznadziejni? Zastanawiam się i myślę…

Myślę o tym panu w Warszawie, który widząc mnie przy automacie biletowym wręczył mi swój bilet ważny jeszcze przez jakiś czas, bo jemu już nie był potrzebny, a po co ja miałam wydawać kasę?

Myślę o chłopaku, który pod Pałacem Kultury sam z siebie zapytał mnie, czy szukam drogi. Bo chyba zbyt długo gapiłam się w telefon (publikowałam InstaStories ;-)).

O tych uśmiechniętych paniach ekspedientkach w Biedronce, od których zawsze usłyszę “dzień dobry” i “miłego dnia”.

O tym kolesiu, który odprowadził mnie pod dom, po tym jak przeleciałam kilka metrów spadając z roweru i zdzierając do mięsa skórę na asfalcie.

I myślę, że my Polacy też jesteśmy fajni. Mamy swoje lepsze i gorsze chwile, swoje problemy, swoje humory, ale wcale nie jesteśmy smutasami z definicji.

Z resztą kim są Janusz i Grażyna, z których tak lubimy się śmiać? Kim są ci Polacy, którzy tak ciągle tylko marudzą? Ah, sorry, nie Polacy, polaczki. No bo przecież nie my sami, prawda? Przecież nie nasz brat, nie nasza siostra. Nie nasza mama, nie nasz tata. Nie nasi najbliżsi przyjaciele.

A jeśli tak bardzo nam nie leży ta nasza Polska, to może by tak coś z tym zrobić, zamiast dolewać cebuli, tfu!, oliwy do ognia? Może zamiast kolejnego komentarza w stylu “taka polska mentalność!”, warto powiedzieć coś miłego? Uśmiechnąć się do drugiego Polaka? W końcu od stu lat mamy niemałe powody do radości.

 
[popup_manager id=”1″]